niedziela, 24 stycznia 2010

mądrych przyjaźni mi trzeba...


Ile wódki musiałam wypić zanim zrozumiałam czym jest przyjaźń...? Ile chwil samotnych spędzić wpatrzona w wirtualny świat, zanim dotarło do mnie,że mój świat to nie tylko Ty...Ile lat świeciłam odbitym światłem zanim zrozumiałam,że potrzebuję też innych ludzi do szczęścia?
Zbyt wiele...za długo...za dużo...zbyt późno...
Nadrabiam ten czas, kiedy chciałam chronić się tylko w Twoich ramionach, bo myślałam,że tylko Ciebie potrzebuję by żyć...
Już wiem, co znaczy słuchać o nieszczęściach Waszych. Już wiem, co znaczy cieszyć się z popołudnia przy herbacie, kiedy chce się wyć,że świat Nas nie rozpieszcza. Już wiem, co znaczy troska moja o Was. Już wiem, co znaczy tęsknota za zainteresowaniem Waszym...
...będę zawsze tam, gdzie popchnie Was życiowy sztorm, stanę na drodze losowi, jeśli to ma być przepustka do Waszego szczęścia...wyprowadzę Wam psy, popilnuję dzieci, potrzymam głowę nad toaletą...
...bo wiem, że zrobicie to samo bez wahania:-) Jak dobrze,że jesteście...

wtorek, 19 stycznia 2010

jasnych sytuacji mi trzeba...

Przestępuje nerwowo z nogi na nogę...podejmuję decyzję, bo nie da się ciągle udawać,że wszystko jest ok...serce wali jak oszalałe...odrobina szczerości to zadanie trudniejsze niż matura z matmy...kiedy jest już po, mam wrażenie,że wszyscy wkoło ogłuchli, oślepli i zaniemówili...
Jak uważnie potrafię słuchać innych, żeby umieć się zmienić? jak uważnie słuchają mnie inni, żeby chcieć zobaczyć to, czego sami nie widzą?
Nie da się nazwać przyjaźnią tego,że ludzie chcą się mieć na własność, ograniczając wzajemną wolność w imię własnego interesu...przyjaźni nie da się karmić kłamstwem, unikami i niemożnością bycia sobą...nie można być w przyjaźni, jeśli nie dostajesz wsparcia nawet przy braku akceptacji decyzji jakie podejmujesz...każdy ma prawo układać tory własnej drogi tak, jak dyktuje mu serce, albo zdrowy rozsądek...jeśli przyjaciel nie idzie obok, podtrzymując cię kiedy się potykasz, jeśli nie chce dać ci wody kiedy padasz ze zmęczenia, bo tory nie są ułożone idealnie...jeśli nie akceptuje twojego płaczu, bo odciski nie dają ci iść dalej...kiedy mówicie o drodze ale nie rozmawiacie o niej... być może jego miejsce jest przy kim innym...
Świadomie zrobiłam taki krok, bo nie umiem oszukiwać siebie ani innych...
teraz już nic nie zależy ode mnie...

piątek, 15 stycznia 2010

wypełnienia mi trzeba...

czas...
bezczas...
nie nadążam...
nie mogę dogonić...

przelewa się przez palce jakbym wciąż myła ręce...


czas wypełnić chcę...

niedziela, 10 stycznia 2010

chillu w głowie mi trzeba...


dziś wyglądam jak ten kot...
dopadł mnie...ściska żołądek...nie pozwala spojrzeć sobie w oczy...rozmywa wzrok wilgocią...każe schować się głęboko pod kołdrę...smutek i strach.


dziś się muszę zresetować...takie są skutki pazerności...
"nie ma mnie do jutra wieczora
bo jestem na smutek chora"

czy aby na pewno rozsądku mi trzeba...

agnieszka małpa rozsądek peel...ciągle sobie obiecuję....i ciągle nic z tego nie wychodzi:-) sama sobie dostarczam pożywki dla chorej wyobraźni i potem się wkurzam, że "burdel w mojej głowie jak w damskiej torebce"...zadowalam się substytutami, bo "moja krew nie płynie...ona się pieni"
"Sama jestem sobie winna
Jestem inna niż powinnam
Poza normy wystrzelona i wykolejona"


w zasadzie to po co to piszę? czy się tym martwię? czy jest mi z tym źle? nie...ale chciałabym nowej roli w swoim życiu...balansuję gdzieś na granicy dobra i zła, moralności i samobiczowania...czy jestem w tym ja? czy ktoś kogo nie znam? jestem jakąś wypadkową małej dziewczynki i kobiety po przejściach...usypiam swoją czujność, bo chwilowo do twarzy mi z wariactwem w oczach:-) tu i teraz jest ważniejsze i przyjemniejsze od wczoraj i jutro:-)

sobota, 9 stycznia 2010

nuda...nic mi dziś nie trzeba...

http://www.youtube.com/watch?v=lvqO2yuliRM

Krzyżówki wszystkie rozwiązane
Wycinków z gazet uczę się na pamięć
W kółko od drzwi do okna
Czuję nudności we wszystkich kościach
Uczeszę się pięć razy
Pozwijam papier toaletowy
Po nitce tak do kłębka
Może się jeszcze kiedyś uda rozerwać

Nuda, nuda
Chcę żeby już wybiła druga
Złuda, złuda
Te same co wczoraj grzechy i cuda
Chyba
Raczej nic mi dziś się nie uda
Nuda...
(Pustki: Nuda)

piątek, 8 stycznia 2010

lata mi trzeba...

dla tych czytelników, którzy są spoza Wrocławia: dziś zasypało nas na amen:-)
dlatego myślami jestem gdzieś daleko..brnąc w ciemnościach na tramwaj, który nie chciał przyjechać doszłam do wniosku,że zamienię waciaka z kury, czyli kurtę puchową na:
-sandały z Zary-sezon 3, ale dobrze się trzymają
-białe spodenki spadające z tyłka- sezon też 3 (o fak! trzeba kupić nowe!)
-zestaw białych podkoszulek dziecięcych po 10 złotych polskich za sztukę:-)
-imprezy na świeżym powietrzu gdzie bądź
-powroty do domu na wewnętrznym dżipiesie
-porannego kaca po nocnym łażeniu za jakimś towarzystwem, które nie koniecznie pamiętam...
-przyklejony tyłek do siedzenia w tramwaju i spoconą prawą pachę (lewa mi chyba nie działa...hmmmm)
-grille w ogródkach i łażenie przez płot, bo szybciej:-)

mogłabym tak jeszcze...ale po co, zanudzam...
chcę lata, chcę wakacji...chcę wyjazdu, chcę zwariować...

wyrwania ze zdziwienia mi trzeba...

Poranek nie zapowiadał niczego znaczącego. Ciężko się wstawało o 9.30, ale to jeszcze nie powód do niepokoju...
w samym sercu miasta, stojąc na dużym skrzyżowaniu, w nerwowym oczekiwaniu na tramwaj zobaczyłam ją? go? to?
Zobaczyłam Śmierć:-)
Takie widoki nie zdarzają się codziennie, ba, są tacy co dostępują zobaczenia jej tylko raz i jest to ich własna śmierć...o ile da się jednocześnie umierać i brać udział w jej oglądaniu,ale przyjmijmy,że w jakimś zakresie da:-)
Śmierć miała jakieś metr siedemdziesiąt pięć, była w okularach, w pomarańczowej, puchowej kurtce i szła o kuli...i była Mężczyzną!
Pojawia się narzucające się pytanie...skąd wiedziałam,że to Śmierć???
Facet z kosą przerzuconą przez ramię...w środku dnia...w centrum miasta..........

wtorek, 5 stycznia 2010

cudów mi trzeba

Połknęłam dzisiaj 10 złotych...niby nic, ale liczyłam na cud...połykana kwota nie była ani papierkiem z kimś Ważnym, ani metalowymi dwoma pięcio złotówkami. Cud, który połykając miał się urzeczywistnić był blado-pomarańczowy i popity został poranną herbatą...w oczekiwaniu na wynik ocierałam rozmazany tusz wraz z łzami myśląc albo ja albo skok z balkonu...efekt mnie nie zaskoczył! cuda się zdarzają...migrena przeszła. Było tak, jakby mi ktoś na głowie położył ciepły kompres i pogłaskał po plecach.
Chciałabym żeby taki cud przytrafił się również mojej Mamie.
Nawet chaos mej głowy zszedł dziś na dalszy plan...jak znam życie...pewnie tylko do jutra:-)

sobota, 2 stycznia 2010

nieba mi trzeba...


coraz częściej potrafię dotknąć nieba...

w codzienności/ w miłości/ w marzeniach
jestem kimś innym niż rok temu i dobrze mi z tym...